Opis kawy metodą synestezji | Kawa w moich oczach

Woda. Musi być przefiltrowana i czysta jak moje zęby po umyciu pastą, a następnie użyciu płynu do płukania jamy ustnej. Odcień szary mnie nie satysfakcjonuje. To nie to. Szary oznacza smutek, a ja nie chcę się dzisiaj przytłaczać. Robię to, bo lubię. Piję, bo chcę. Chcę, bo to mój nawyk. Nawyki trzeba pielęgnować. Nie wszystkie. Ten akurat rozwijam o nowe doznania smakowe z gorzką nutą, którą uwielbiam czuć na języku tylko w tej postaci.

Naciskam spust. Czuję się jak żołnierz na polu walki. Z kranu wylewa się bazowy składnik mojego energetycznego napoju. Czekam, aż dzbanek będzie pełny. Czas dłuży się w nieskończoność. Filtrowanie jak flirtowanie. To chłonięcie brudów, ale i napawanie się czystością. To jak tańczące filigranowe baletnice, które delikatnie suną po powierzchni wody. Teraz robią piruety jak te łyżwiarki na lodowisku. Jeszcze chwila, moment, a występ dobiegnie końca. I kurtyna w dół.

Zawartość trafia do urządzenia, które doprowadzi do wrzenia. Nie mnie, wodę. Emocje sięgają zenitu. W tym momencie dziękuję Bogu, że to czajnik elektryczny bez gwizdka. Inaczej obudziłby wszystkich mieszkańców. Mimo to, hałasuje. Nie słyszę własnych myśli. Skupiam się jedynie na czerwonym światełku. Czekam jak zgaśnie. Wtedy mogę wykonać kolejny krok. Mam wrażenie, że czajnik trzęsie się z zimna. Buja się na boki jak ja, kiedy chcę siusiu lub kiedy czekam na mrozie na wciąż nie nadjeżdżający tramwaj. A miało być tak pięknie. No nic, zawsze się spóźniam.

Słyszę, że kotłuje się. Tym razem nie w mojej głowie. Lampka gaśnie. Alarm! Woda jest gotowa. Euforia. Skaczę jak kózka. Obym nie złamała nogi. Nie chcę być unieruchomiona na x czasu. Zastanawiam się czy spienić mleko. Czy mam ochotę na ekskluzywną wersję? A może zadowolę się tą „od czapy”? Nie mam czasu. Potrzebuję szybko dostarczyć dawkę, o jaką proszę się w rozmowie intrapersonalnej. Kawa, kurna. Teraz. Zaraz. I już.

Biorę do ręki czajnik i niczym narkoman wlewam wodę do kubka. Pamiętam o tym, że nie może być wypełniony aż po brzegi, bo nie zmieści się mleko. A bez niego nie wypiję. Nie i już. Zaparłam się. Albo z Tobą, albo w ogóle. Zastanawiam się, czy nie powinnam tego powiedzieć krowie. To producent jednego z najważniejszych składników w moim życiu. Produkuje mleko do kawy. Dopełnienie w tej sytuacji jest jak najbardziej na miejscu, mimo iż na świecie istnieje tylko jedno mleko i nie jest ono rozróżnione na to do kawy i do budyniu. To jedno i to samo mleko. Dziwne. Niemowlęta mają swoje. Ja też chcę. Dlatego dzięki semantyce stworzyłam swoje mleko. Do kawy.

O czymś zapomniałam. Wiem. Wymieszać. Kuźwa. Wzruszam ramionami. Wypiję taką. Smaku to nie zmieni, a w tym przypadku wygląd nie ma dla mnie znaczenia. Gdyby kawa występowała w postaci męskiej jako „kawer”, nocowałaby w moim organizmie. Dlaczego kawa jest rodzaju żeńskiego? Może dlatego, że najczęściej to kobiety rozmawiają przy kawie, a mężczyźni wolą coś z prądem? Jest równouprawnienie! Kawa z prądem? Lekka przesada.

Upiłam łyk. Tego mi było trzeba. Gorąca, gorzka, zdrowa-niezdrowa. Idealna-nieidealna. Przyjaciółka w trudnych chwilach. Dasz radę, nie idziesz spać, pracujesz. Jedziesz z tym. Wypiłam kawę i skończyłam pisać. Teraz czas umyć kubek. No cóż. Czasami dla chwili przyjemności trzeba się poświęcić…