Syrena bijąca na alarm | Spacerować każdy może, trochę krócej lub trochę dłużej

Odgłosy wyjącej w niebogłosy straży pożarnej budzą mnie z zimowego snu o 6 nad ranem. Otwieram swoje senne oczy i wędruję do łazienki. Zwilżam twarz wodą zimną jak moje ręce i patrzę w lustro.

– Dlaczego do cholery istnieją te wyjące do księżyca syreny? Nie dają człowiekowi spać. Drą się i nie przestają. Jak te zarzynane świnie. Ależ one kwiczą. Do jasnej ciasnej, nie można jechać bez tego drażniącego moje bębenki dźwięku? Już chyba wolałabym być głucha – myślę. Po czym jednak dochodzę do wniosku, że wolałabym zachować moją zdolność słuchu.

Nie wyobrażam sobie nauki języka migowego. Nie byłabym w stanie oglądać tych wszystkich Youtuberów, a co więcej, filmów i seriali na Netflixie. Boję się, że mogę być głucha. Patrzę na to przez pryzmat moich osobistych upodobań, moich nawyków. W moim przypadku bycie głuchym, skreśliłoby mnie jako osobę.

Uwielbiam słuchać i mówić. Chociaż, Ci co mnie znają, uważają, że raczej wolę mówić, niż słuchać. Niby to samo, a jednak coś innego. Słuchanie nie wychodzi mi zbyt dobrze, o czym przekonałam się na zajęciach na studiach.

Miałam za zadanie wysłuchać mojego rozmówcę, a następnie powtórzyć, co powiedział. Ponieważ nie do końca wszystko zrozumiałam, nie byłam w stanie wykonać tego polecenia. Być może problem leżał gdzieś indziej. Mój rozmówca miał wadę wymowy. To nie ma jednak znaczenia. Moim zadaniem było sprawienie, abym była w stanie przedstawić swoimi słowami jego wypowiedź. Poległam.

Przedstawiłam jedynie mało znaczącą część, która nie była w stanie opisać całości historii, o której mówiła ta osoba. Czułam się jak najgorszy ignorant. To nie było moim celem. Starałam się. Jak widać nieskutecznie. To było proste polecenie. Mogłam zadawać pytania. Dlaczego nie poprosiłam o powtórzenie albo nie przyznałam się, że nie do końca rozumiem, co powiedziała ta osoba? Było mi po prostu cholernie głupio. Nie byłam w stanie przyznać się do failu.

Po umyciu twarzy, gdy ujrzałam w lustrze swoje poranne odbicie, przeraziłam się. Włosy sterczały w każdą stronę i wyglądały jak stara szczotka do wycierania kurzy. Różniły się od niej jedynie tym, że nie były zakurzone, a ich odcień nie był nieco przyszarzały. Z wielkim trudem doprowadziłam je do ładu. Chociaż sama nie wiem, czy był to upragniony ład. Raczej nie. Dalej wyglądałam jak ktoś, kto nie spał przynajmniej 2 doby, a przecież brakło mi tylko godziny do prawidłowych siedmiu godzin snu. Czy ze mną jest coś nie tak? Czy ja jestem wampirem sennym, czy co? Cholera wie.

Gdzieś w połowie dnia wybrałam się na spacer. Spadł śnieg, a że jestem zmarzluchem, to byłam pierwszym bałwanem w okolicy. Szkoda, że nie mam białej kurtki. Założyłabym ją do moich białych spodni i białej czapki. Bałwan jak ta lala.

Stwierdziłam, że warto zaczerpnąć świeżego powietrza. Przepraszam, powiedziałam świeżego? Wróć. Wyszłam pooddychać dymem, który wydobywa się z kominów domów, w których pali się plastikiem. Polska rzeczywistość. Zdarza się. W tym momencie pokochałam maseczkę, którą miałam na nosie, a kiedyś i w nosie. Jednak jest to dobry wynalazek. Moja jest antydymowa. Wynalazek na miarę wszechczasów. Szkoda tylko, że w jednej i tej samej chodzę od początku epidemii. No może wymieniłam ją kilka razy. Ale to nie zmienia faktu, że spaceruję w niej stanowczo dłużej, niż 3 godziny. A więc, wyszłam pooddychać dymem, wirusami, spalinami i wszystkim tym, co dostaje się do powietrza i osadza się na masce. Żyję. Mam się doskonale. To mój szczyt głupoty.

Wracając, postanowiłam sfotografować krajobraz. Nie wiedzieć czemu zawsze zastanawiają mnie drzewa. Jestem zafascynowana ich koronami. Tworzą tak znakomite kształty, że nie jestem w stanie przejść obojętnie i nie zrobić im zdjęcia. Patrząc w górę, dostrzegam więcej. Zauważam wrony, które chyba bawią się w berka, albo urządzają sobie wyścigi na to, kto pierwszy wyląduje na gałęzi. Tak! Udało mi się uchwycić moment, kiedy przelatują nad gałęziami. Szkoda, że nie mam profesjonalnego aparatu. Moje obserwacje byłyby o niebo lepsze, a na pewno bardziej zbliżone do tego, co chciałam pokazać.

Robiąc zdjęcia tej zwykłej codzienności, mijali mnie ludzie. Odniosłam wrażenie, jakbym była kosmitą. Czułam się obco. Kiedy chciałam zrobić zdjęcie, miałam wrażenie, że mnie obserwują i myślą o mnie jako o dziwaku. Ja po prostu chciałam zrobić zdjęcie. I tyle. Sądzę, że maszerując z lustrzanką, wyglądałabym poważniej i bardziej profesjonalnie, aniżeli ze smartfonem. Czułam się jak pedofil wypatrujący swoich ofiar. Ale zaraz zaraz. Pedofil robi zdjęcia dzieciom. Ja robiłam zdjęcia krajobrazowi. Nie jestem żadnym pedziem. Jestem amatorskim fotografem bez odpowiedniego sprzętu i doświadczenia.

Wróciłam do domu. Zaparzyłam herbatę z nutą maliny i leśnych owoców. Mieszanka. Dokładnie nie pamiętam, ale wiem, że była na tyle dobra, że zrobiłam jeszcze jedną. Jestem herbacianym świrem. Daj herbatę, a nic więcej nie będę chciała. Dla mnie herbata jest bezcenna. Mogę na nią wydać całą wypłatę. Czyli okrągłe nic, bo obecnie nie pracuję. Gdyby nie fakt, że studiuję, byłabym bezrobotna. Naszło mnie na rozważania. Dlaczego student niepracujący nie jest bezrobotnym? Chyba dlatego, że lepiej brzmi to pierwsze. Nieważne, ważny jest stan rzeczy. Nie pracuję. Żeruję. Co ja orzeł jestem? Nie, bo orzeł jest dostojny. Taki Pan elegant. Ja to raczej Pani luz.

Znowu wyje syrena. Dla mnie oznacza to już koniec dnia. Nie ważne, jak zaczynasz, ważne jak kończysz nabiera dla mnie innego znaczenia…